Abs&Core |wycinanie styroduru |Trójmiasto
„ni, świadectwo temu, co zwiemy rozwojem sztuki i upowszechnieniem kultury.
Niewątpliwie, tradycji muzycznych Gdańska należy szukać w śpiewach liturgicznych średniowiecza, w podniośle brzmiących kapelach miejskich koncertujących w kościele Mariackim i w Dworze Artusa, a także w oficynach i na poddaszach mieszczańskich pałaców, gdzie zapoznane sławy dawały prywatne lekcje cudownym dzieciom patrycjuszy. Samodzielne szkoły muzyczne powstały dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Najświetniejszą z nich, ale i najsmutniejszą było Polskie Konserwatorium w okresie tak zwanego Wolnego Miasta. Posłuchajmy w tym miejscu prof. Kazimierza Wiłkomirskiego — kompozytora, dyrygenta, pedagoga i w pierwszym rządzie wiolonczelisty, któremu krytyka muzyczna nadała miano „polskiego Casalsa
W moim życiu są dwa gdańskie okresy. Pierwszy zaczął się w 1934 roku, kiedy posłyszałem o możliwości objęcia dyrekcji Konserwatorium Gdańskiego. Tkwiłem wówczas głęboko w życiu kulturalnym stolicy, a jednak ten wygwizdów muzyczny za jaki miano w ówczesnej Europie Gdańsk, pociągał mnie. Mówiono mi, że każdy Polak w Gdańsku ma sporo funkcji społecznych. Otrzymałem nominację na profesora Konserwatorium Poznańskiego z delegacją do Gdańska dla pełnienia obowiązków dyrektora, sytuacja bowiem prawna Polskiego Konserwatorium w Wolnym Mieście Gdańsku była nie unormowana, a całe życie artystyczne i kulturalne de facto zakonspirowane. To, oo zastałem, było szkółką nie uczelnią. Słuchacze stanowił zespół ogromnie zróżnicowany w zakresie wieku i stopnia muzycznego przygotowania. Musiałem skomponować program odpowiadający tym warunkom, wypracować zupełnie nową metodykę i dydaktykę, uzyskać jakiś lokal dla szkoły, no i skompletować grono pedagogiczne o możliwie wysokich kwalifikacjach. Na szczęście działała w Gdańsku Macierz Szkolna, bardzo krzepka organizacja, w której rękach była cała polska oświata. O nią też oparłem istnienie Konserwatorium. Wśród pedagogów znaleźli się między innymi Julia Gorzechowska, Wacław Niemczyk, Adolfina Paszkowska, Zdzisław Roesner, Maria Wiłkomirska i kapelmistrz Dulin. Konserwatorium wiązaliśmy z całokształtem życia muzycznego. Spotykałem się w swojej pracy z tezą, że dla maluczkich wystarczy amatorszczyzna. Kiedy w znanym i zasłużonym dla kultury muzycznej Gdańska chórze „Cecylia" zabrakło dyrygenta, nie wahałem się zaproponować swojej kandydatury. Uważałem, że z powodzeniem można łączyć zawodową pracę muzyka z aktywnym uczestnictwem w ruchu amatorskim. Z repertuaru usunęliśmy wszelki banał. W programie mieliśmy pomorski folklor, pieśni Gomółki z tekstami Kochanowskiego i utwory Szymanowskiego. Dawaliśmy 50 koncertów rocznie dla dużego i wspaniałego audytorium. Polskie Towarzystwo Muzyczne w Gdańsku, którego przez czas pewien byłem wiceprezesem, organizowało całe cykle szkolnych audycji z prelekcjami o muzyce polskiej i światowej oraz publiczne koncerty artystów tej miary, co Witold Małcużyński, Henryk Sztompka, Irena Dubiska, Eugenia Umińska czy Edward Bender. Z inicjatywy Towarzystwa przyjechała do Gdańska — trzecią klasą osobowym pociągiem, bo na więcej nie starczyło pieniędzy — Filharmonia Warszawska, która pod moją dyrekcją dala dwa koncerty symfoniczne w hali sportowej, obecnej siedzibie Opery i Filharmonii Bałtyckiej, oraz w auli gdyńskiej Szkoły Morskiej.“(13)
działki |Noże wojskowe |pudełka tekturowe
„ni, świadectwo temu, co zwiemy rozwojem sztuki i upowszechnieniem kultury.
Niewątpliwie, tradycji muzycznych Gdańska należy szukać w śpiewach liturgicznych średniowiecza, w podniośle brzmiących kapelach miejskich koncertujących w kościele Mariackim i w Dworze Artusa, a także w oficynach i na poddaszach mieszczańskich pałaców, gdzie zapoznane sławy dawały prywatne lekcje cudownym dzieciom patrycjuszy. Samodzielne szkoły muzyczne powstały dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Najświetniejszą z nich, ale i najsmutniejszą było Polskie Konserwatorium w okresie tak zwanego Wolnego Miasta. Posłuchajmy w tym miejscu prof. Kazimierza Wiłkomirskiego — kompozytora, dyrygenta, pedagoga i w pierwszym rządzie wiolonczelisty, któremu krytyka muzyczna nadała miano „polskiego Casalsa
W moim życiu są dwa gdańskie okresy. Pierwszy zaczął się w 1934 roku, kiedy posłyszałem o możliwości objęcia dyrekcji Konserwatorium Gdańskiego. Tkwiłem wówczas głęboko w życiu kulturalnym stolicy, a jednak ten wygwizdów muzyczny za jaki miano w ówczesnej Europie Gdańsk, pociągał mnie. Mówiono mi, że każdy Polak w Gdańsku ma sporo funkcji społecznych. Otrzymałem nominację na profesora Konserwatorium Poznańskiego z delegacją do Gdańska dla pełnienia obowiązków dyrektora, sytuacja bowiem prawna Polskiego Konserwatorium w Wolnym Mieście Gdańsku była nie unormowana, a całe życie artystyczne i kulturalne de facto zakonspirowane. To, oo zastałem, było szkółką nie uczelnią. Słuchacze stanowił zespół ogromnie zróżnicowany w zakresie wieku i stopnia muzycznego przygotowania. Musiałem skomponować program odpowiadający tym warunkom, wypracować zupełnie nową metodykę i dydaktykę, uzyskać jakiś lokal dla szkoły, no i skompletować grono pedagogiczne o możliwie wysokich kwalifikacjach. Na szczęście działała w Gdańsku Macierz Szkolna, bardzo krzepka organizacja, w której rękach była cała polska oświata. O nią też oparłem istnienie Konserwatorium. Wśród pedagogów znaleźli się między innymi Julia Gorzechowska, Wacław Niemczyk, Adolfina Paszkowska, Zdzisław Roesner, Maria Wiłkomirska i kapelmistrz Dulin. Konserwatorium wiązaliśmy z całokształtem życia muzycznego. Spotykałem się w swojej pracy z tezą, że dla maluczkich wystarczy amatorszczyzna. Kiedy w znanym i zasłużonym dla kultury muzycznej Gdańska chórze „Cecylia" zabrakło dyrygenta, nie wahałem się zaproponować swojej kandydatury. Uważałem, że z powodzeniem można łączyć zawodową pracę muzyka z aktywnym uczestnictwem w ruchu amatorskim. Z repertuaru usunęliśmy wszelki banał. W programie mieliśmy pomorski folklor, pieśni Gomółki z tekstami Kochanowskiego i utwory Szymanowskiego. Dawaliśmy 50 koncertów rocznie dla dużego i wspaniałego audytorium. Polskie Towarzystwo Muzyczne w Gdańsku, którego przez czas pewien byłem wiceprezesem, organizowało całe cykle szkolnych audycji z prelekcjami o muzyce polskiej i światowej oraz publiczne koncerty artystów tej miary, co Witold Małcużyński, Henryk Sztompka, Irena Dubiska, Eugenia Umińska czy Edward Bender. Z inicjatywy Towarzystwa przyjechała do Gdańska — trzecią klasą osobowym pociągiem, bo na więcej nie starczyło pieniędzy — Filharmonia Warszawska, która pod moją dyrekcją dala dwa koncerty symfoniczne w hali sportowej, obecnej siedzibie Opery i Filharmonii Bałtyckiej, oraz w auli gdyńskiej Szkoły Morskiej.“(13)
działki |Noże wojskowe |pudełka tekturowe